Publicystyka i teksty poradnikowe

Jak przedstawić referat na konferencji?

Po co brać udział w konferencjach naukowych i prezentować własne badania? Jak radzić sobie ze stresem? Jak planować wystąpienia?

Konferencje są ważną częścią życia naukowego. Jednocześnie w trakcie studiów – a chyba także w szkołach doktorskich – zbyt mało rozmawiamy o tym, jak wygłaszać referaty konferencyjne. Zapraszam więc do lektury moich refleksji i sugestii. Traktujcie, je proszę, jako jedną z możliwych opowieści o konferencjach naukowych, a nie jako ostateczną prawdę o nich. Przy czym od razu ważne uściślenie: tekst dotyczy raczej formalnej strony wystąpień niż ich aspektów merytorycznych (co nie znaczy, że te ostatnie się nie liczą!).

Kieruję ten wpis głównie do młodszych badaczek i badaczy. W paru miejscach odniosę się do najbliższych mi obecnie badań nad grami (groznawstwa, game studies), ale mam nadzieję, że całość przyda się osobom reprezentującym różne obszary wiedzy w zakresie nauk humanistycznych i społecznych.

Od czego zacząć?

Nim wystąpimy na konferencji, trzeba się na nią dostać. Czasami będzie to łatwiejsze, czasami trudniejsze. Przygotowywanie zgłoszeń konferencyjnych (które potem mają szansę zostać przyjęte i mogą przekształcić się w ustny referat) nie jest przedmiotem tego tekstu, ale dawno temu na swoim starym blogu napisałem na ten temat krótką notkę, która nadal wydaje mi się aktualna (ukazaną tam strukturę pisemnego abstraktu można też przełożyć na układ treści ustnego wystąpienia). A jeżeli tak się akurat składa, że interesują Was międzynarodowe konferencje w dziedzinie game studies, to polecam poświęcony im tekst Agaty Waszkiewicz.

Ponadto zwykle prościej jest zacząć od wydarzeń mniejszych, w bardziej kameralnym gronie, w otoczeniu osób, z których przynajmniej część już znamy. Wiele osób zaczyna od konferencji studenckich czy studencko-doktoranckich, następnie udaje się na regularne konferencje krajowe, a ostatecznie – na międzynarodowe.

W przypadku badań nad grami warto śledzić cykl Seminariów Groznawczych, które najczęściej odbywają się w Krakowie, ale np. najbliższe będzie mieć miejsce w piątek 26 czerwca w Łodzi. Są to przyjazne miejsca do ćwiczenia prezentacji, testowania pomysłów, dyskutowania i networkingu. Informacje o nich możecie śledzić na serwerze Discorda „Groznawstwo w Polsce”.

Do czego służą wystąpienia na konferencjach?

Po pierwsze, referaty konferencyjne to wizytówki. Pisałem o tym swego czasu na wspomnianym blogu i nadal tak myślę. Przez dwadzieścia minut nie posuniemy naprzód stanu wiedzy naukowej, ale możemy zainteresować innych tym, co robimy. W tym celu trzeba pomyśleć o słuchacz(k)ach. O czym i w jaki sposób opowiemy, aby przyciągnąć ich uwagę właśnie w tym miejscu i czasie? Co zrobimy, aby wieczorne wystąpienie w drugim dniu imprezy okazało się ciekawe dla ludzi zmęczonych innymi referatami, a poranne – dla tych, którzy nie poszli spać o 22.00? Rdzeniem wszystkiego pozostają nasze badania, ale kwestie komunikacyjne i retoryczne trzeba koniecznie brać pod uwagę.

Po drugie, nic nie stoi na przeszkodzie, aby potraktować referat np. jako przygotowanie do artykułu, w którym ujmiemy temat bardziej dogłębnie. Nie wszystko musimy mieć dopięte na ostatni guzik i można o tym powiedzieć wprost publiczności. Zarazem jednak nie jest to powód, aby stawać przed mikrofonem bez przygotowania (w tym sprawdzenia stanu badań!). Przy tym proporcja naszych pytań i odpowiedzi może się zmieniać w zależności od wydarzenia – formuła work in progress jest nierzadka m.in. na Seminariach Groznawczych, a także na warsztatach (workshops) stanowiących część większych konferencji.

Po trzecie, rzadko zdarza się tak, by pojedyncze wystąpienie było niepowtarzalną okazją do przełomu w karierze naukowej. Warto z podwójną pieczołowitością przygotowywać się do ważnych konferencji, ale nawet jeśli referat nie wyjdzie nam najlepiej, to będzie jeszcze parę dyskusji, lunchów, wieczornych imprez i przerw kawowych (a w razie udziału online – np. rozmów na Discordzie), w ramach których możemy nawiązywać i wzmacniać akademickie więzi. Co więcej, nasze wystąpienie jest tylko jednym z wielu i pozostałe osoby na pewno nie będą od nas wymagały najlepszego referatu w historii nauki. To krok na drodze, a nie dzieło życia.

Źródło zdjęcia: Wikimedia Commons, licencja CC BY 2.0

Stres konferencyjny

Wystąpienia publiczne – w tym referaty na konferencjach – potrafią być stresującym doświadczeniem. Stres objawia się bardzo różnie: jedni muszą przed wystąpieniem odwiedzić łazienkę, inni dostają suchości w gardle, dreszczy, gorączki bądź bólu żołądka, a jeszcze inni budzą się z lękiem o szóstej rano. Można spotkać się z relacjami osób, u których większość reakcji stresowych z czasem minęła – nierzadko dzięki długim ćwiczeniom – ale i takich, które musiały nauczyć się z nimi żyć.

Dla osób postronnych objawy stresu są zazwyczaj niewidzialne. Ani publiczność, ani rozmówcy nie czują tego, co się dzieje w naszym organizmie, kiedy występujemy lub szykujemy się do referatu. Sami i same też nie widzimy wielu cudzych reakcji stresowych, przez co łatwo ulec złudzeniu, że stresujemy się tylko my. Zjawisko to jednak ma też dobrą stronę, którą wyraziła Alicja Urbanik-Kopeć: „To jest rada na konferencje, ale na życie w sumie też. Otóż ludzie nie wiedzą, jak bardzo się stresujesz, i łatwo ich oszukać”.

Istnieje wiele technik radzenia sobie ze stresem. Poniżej przedstawiam parę przykładów; aby wiedzieć, które z nich mogą Wam pomóc i w jakim stopniu, trzeba je indywidualnie przemyśleć lub wypróbować. Nie są to recepty na wszystkie konferencyjne problemy – dla przykładu, jeśli macie poczucie przepracowania i braku czasu na porządne przygotowywanie wystąpień, to może trzeba po prostu jeździć na mniej konferencji.

1. Ogólnie mówiąc, inni ludzie przejmują się naszym wystąpieniem dużo mniej niż my sami. Skoro w czasie jednej konferencji wysłuchują kilkunastu lub kilkudziesięciu wystąpień, to nie mają powodu, by zwracać uwagę akurat na nasze przejęzyczenia lub zapamiętywać, że za dużo razy powiedzieliśmy „yyy”. Tak samo jeśli ktoś na głos wskaże słabsze strony naszej prezentacji – dla nas może to być istotne, ale dla innych będzie to po prostu jedna z wielu dyskusji konferencyjnych. Większość pewnie zapomni o niej pięć referatów później.

2. Ważnym aspektem referatów jest dzielenie się z innymi własną pasją. Generalnie tematy wystąpień wybieramy samodzielnie i mówimy o tym, co sami robimy i co szczerze nas interesuje. Być może takie spojrzenie pomoże Wam przenieść referaty konferencyjne z mentalnej kategorii „trudnego zadania” do przegródki „mówienia o ciekawych sprawach”. Pamiętajcie jednak, że udane wystąpienia są nie tylko interesujące, ale też dobre merytorycznie!

3. W polskim systemie edukacji nie ćwiczymy sztuki wystąpień publicznych – ani w szkołach, ani na studiach, ani na doktoracie. Dlatego nie ma powodu, aby ktoś spodziewał się po nas cudów retoryki, zwłaszcza jeśli jesteśmy jeszcze doktorant(k)ami, a tym bardziej student(k)ami. Ćwiczyć trzeba, ale jeżeli pewne rzeczy nie wychodzą, to może po prostu na tym etapie mamy prawo jeszcze nie wszystko wiedzieć i umieć?

4. Jeśli w sali są osoby, które lubimy, przydatna może okazać się myśl o tym, że nas słuchają i nam kibicują.

5. Możemy zaprezentować nasz temat przed terminem wystąpienia znajomemu czy znajomej. Nie jest wykluczone, że otrzymamy cenne uwagi merytoryczne lub formalne, ale przede wszystkim przekonamy się, że umiemy wygłosić referat i nie następuje przy tym katastrofa.

6. Może zdarzyć się i tak, że najskuteczniejszą doraźną pomocą będzie zażycie jakiegoś środka uspokajającego. Nie demonizowałbym tego rozwiązania, ale też zachęcałbym do skonsultowania go z kimś zawczasu (w miarę możliwości pewnie najlepiej z kimś, kto zna się na medycynie). Znajoma lekarka podpowiada również, że nie należy zażywać takich środków po raz pierwszy tuż przed referatem, bo może się okazać, że wystąpią silne efekty uboczne – i np. prawie zaśniemy na scenie.

7. Dobre przygotowanie merytoryczne również może pomóc w redukcji stresu. Gotowy plik z prezentacją, opracowane notatki, kilkakrotne wyszlifowanie pierwszego zdania, wypowiedzenie całego referatu na głos na dzień przed terminem – niejedną osobę to uspokoi. Tak jak i w innych przypadkach nie jest to jednak żelazna reguła, a w dodatku trzeba tu z kolei uważać na perfekcjonizm. Pracujmy z założeniem, że referat istniejący jest lepszy od idealnego.

Źródło zdjęcia: Benoit Rochon, Wikimedia Commons, licencja CC BY 3.0

Planowanie referatu

Słuchaczki i słuchacze mają ograniczone zdolności koncentracji, a Wasze wystąpienie nie jest jedynym w danym dniu. Oto kilka wskazówek – niezobowiązujących, potencjalnych – jak odnaleźć się w tej sytuacji.

1. Jeżeli wystąpienie nie zainteresuje publiczności w pierwszych minutach, później może to być trudne. Zachęcam więc do tego, by odpowiednio przygotować początek referatu. Można zacząć od zagadki (od pytania, które będzie ciekawe, zaskakujące, a nawet absurdalne) i następnie prowadzić publiczność do jej rozwiązania. Można podać nieoczywistą tezę lub wynik badań i zapowiedzieć kolejne. Można przyszykować anegdotę związaną z tym, o czym chcemy mówić. Tyle możliwości!

2. Nad pierwszymi zdaniami mamy największą kontrolę – nie musimy się spieszyć, nie jesteśmy też związani wcześniejszym biegiem wystąpienia. Jednocześnie może to być najbardziej stresujący moment. Dlatego warto rozważyć parokrotne przećwiczenie tych kilku zdań przed referatem (ja sam mam taki zwyczaj).

3. Dobrze jest również dopracować zakończenie, bo to od niego zależy, z czym zostawicie słuchających. Ostatnie zdania są dobrym momentem na powtórzenie najważniejszej tezy albo wskazanie najciekawszego problemu. Można także powiedzieć, w jaki sposób Wasze badania mogą się przydać innym albo co wnoszą do stanu wiedzy.

4. Plik z prezentacją pełni wiele funkcji; jedną z nich jest nadawanie porządku wystąpieniu. Dla mnie samego to właśnie praca nad slajdami często jest okresem ustalania struktury referatu. Przy tej okazji można też zastanowić się nad tym, jak zasygnalizować ową strukturę publiczności. Może warto np. trzymać się zasady „początek każdej nowej sekcji to slajd z ilustracją” albo nadawać kolejnym częściom pliku nieco inną kolorystykę?

5. Jeśli korzystacie z prezentacji, upewnijcie się, że będzie dostępna nawet w przypadku komplikacji. Weźcie ze sobą plik w paru formatach (pptx, ppt, pdf), zapiszcie go na pendrivie i na mailu, a także na laptopie, jeżeli bierzecie go ze sobą. Możecie nawet zawczasu wydrukować slajdy – po kilka na stronie – żeby mieć je przed oczami, jeśli Wasz plik z jakiegoś powodu nie otworzy się na komputerze konferencyjnym. Choć tej ostatniej pułapki z reguły można uniknąć, sprawdzając wcześniej, czy plik działa właśnie na tym komputerze, na którym ma zostać odtworzony.

6. Można z wyprzedzeniem wypowiedzieć cały referat na głos. Nie każdy to lubi, ale zachęcałbym przynamniej do wypróbowania takiej możliwości. W ten sposób można przetestować newralgiczne miejsca, zlokalizować fragmenty niedopracowane, a także sprawdzić ze stoperem pod ręką, czy nie mówimy za długo. Spotkałem się też z pomysłem nagrywania własnego wystąpienia i parokrotnego odsłuchiwania go choćby w tramwajach, aby lepiej utrwalić je sobie w głowie.

Słowo na koniec

Dobre referaty to w dużym stopniu kwestia wprawy. Nie wszyscy będą świetnymi mówczyniami i mówcami, generalnie jednak każde z nas może starać się stopniowo ulepszać swoje prezentacje. Nawet jeżeli czujecie, że wystąpienia publiczne nie są Waszą mocną stroną, to wciąż możecie np. na spokojnie zastanowić się przed referatem, jak go ułożyć, aby był możliwie najprzejrzystszy – to już dużo!

Przede wszystkim zaś powtórzę: pojedyncze wystąpienie konferencyjne to raczej krok na długiej drodze niż przełomowy moment. Przygotujmy się, zróbmy swoje i idźmy dalej – jeżeli poszło dobrze, to świetnie, a jeżeli nie, to będzie jeszcze wiele okazji.

***

Tekst w znacznej mierze pokrywa się z niegdysiejszym wpisem blogowym, który zainspirowany został wypowiedziami i podpowiedziami Barbary Borkowskiej, Katarzyny Czajki-Kominiarczuk (polecam Waszej uwadze również jej niedawne porady techniczne), Olgi Drath, Pauli Drewniak, Moniki Helak, Adama Kasprzaka, Anny Krawczak, Marty Marczykowskiej-Góreckiej, Jacka Olendra, Magdaleny Piekarskiej, Hanny Raszewskiej-Kursy, Klary Sterczewskiej, Alicji Urbanik-Kopeć, Anki Wandzel, Marcina Zaroda i Ewy Zegler-Poleskiej.

Życiorys porażek

„Większość moich wysiłków [naukowych] kończy się porażką, ale takie porażki często są niewidoczne. Widać natomiast sukcesy” – napisał w 2016 roku Johannes Haushofer z Uniwersytetu Princeton. „Przez to inni odnoszą czasem wrażenie, że większość rzeczy mi się udaje”.

Stworzony przez Haushofera życiorys porażek („CV of failures”) szybko stał się znany – prawdopodobnie bardziej znany niż wszystkie publikacje naukowe autora razem wzięte. Badacz nie jest zresztą jedyną osobą, która zdecydowała się upowszechnić takie zestawienie; sam też podkreśla, że zainspirował go pomysł Melanie Stefan z Uniwersytetu Edynburskiego.

Dziś i ja postanowiłem opracować swój życiorys porażek. Na szybko, więc nie jest kompletny, ale od czegoś trzeba zacząć.

  • 2010: Pierwszy artykuł odrzucony przez zagraniczne czasopismo
  • 2014: Brak Stypendium Fulbrighta
  • 2015: Brak Stypendium Fundacji Kościuszkowskiej
  • 2015 (x2) i 2016: Brak grantu Preludium
  • 2015: Brak grantu Etiuda
  • 2023 i 2024: Brak stypendium dla wybitnych młodych naukowców
  • 2025: Brak grantu Sonata

Pozdrawiam serdecznie wszystkich ponoszących porażki!

PS. Nie umyka mi ten paradoks, że łatwiej opublikować taki życiorys, kiedy odniosło się jednak również (przynajmniej we własnym mniemaniu) jakieś sukcesy. Czy jest to więc w istocie przekorna forma celebrowania zwycięstw i pomyślnych trafów? Być może! Ale i tak myślę, że trzeba przekłuwać ten balon.

Czytanie fabryk. Recenzja książki i parę słów o języku nauk społecznych

W „Przeglądzie Socjologicznym” ukazała się moja recenzja wartościowej książki Erica de Giera „Documentary industrial novels and the sociology of work in the twentieth century”. Autor analizuje XX-wieczne teksty literackie przedstawiające pracę w fabrykach, mówiąc rzeczy istotne zarówno dla socjologii kultury, jak i dla socjologii pracy. Oto parę przykładów tych tekstów z recenzji:

W Stanach Zjednoczonych Upton Sinclair przed publikacją „Grzęzawiska” (1905) spędził siedem tygodni w zakładzie mięsnym w Chicago podczas strajku. W Niemczech Egon Erwin Kirsch w „Szalejącym reporterze” (1924) przedstawił warunki zatrudnienia w fabryce w Bochum i na statku parowym Vaterland na bazie bezpośredniej obserwacji. We Włoszech zaś Ottiero Ottieri i Paolo Volponi napisali kilka książek opartych na swoich doświadczeniach w roli zarządców w fabrykach Adriana Olivettiego w Piemoncie i Kampanii.

Kiedy czytałem książkę, wróciła do mnie myśl, że cała socjologia i generalnie nauki społeczne mogłyby bardziej inspirować się literaturą. Opublikowałem już kilka tekstów w anglojęzycznych czasopismach i mam poczucie, że piszemy zbyt nudno. Wynika to z wielu przyczyn, również systemowych (mówi o tym świetna książka „Return to meaning: A social science with something to say”). Żeby ciekawiej pisać, powinniśmy i powinnyśmy na przykład czytać więcej literatury pięknej – ale żeby tak robić, musimy mieć na to czas.

Recenzja jest dostępna bezpłatnie na stronie „Przeglądu Socjologicznego”. Zapraszam do lektury!

O płacach w nauce

Od tego roku pensje nauczycieli akademickich są trochę wyższe. To dobry ruch rządu, ale wcale nie tak znaczący, jak mogłoby się zdawać.

1. Co się stało?

Minister nauki i szkolnictwa wyższego Dariusz Wieczorek podpisał w lutym rozporządzenie, które podwyższa bazowe pensje nauczycieli akademickich o 30 procent. Podobną zmianę w październiku zapowiadał jeszcze poprzedni rząd [1]. Podwyżki mają zostać wypłacone w marcu lub kwietniu, z wyrównaniem za styczeń i luty.

W rozporządzeniu określone jest minimalne wynagrodzenie zasadnicze profesora. Wynosiło ono dotąd 7210 zł brutto; teraz wyniesie 9370 zł. Jednocześnie na mocy ustawy o nauce i szkolnictwie wyższym [2] podwyższone zostają bazowe zarobki profesorów uczelni (z 5985 do 7777 zł), adiunktów (z 5265 do 6840 zł) oraz asystentów i wykładowców (z 3605 do 4685 zł). Uczelnie wyższe i instytuty Polskiej Akademii Nauk mogą zwiększać te kwoty, ale nie muszą. Nie wiadomo, jaki odsetek zatrudnionych otrzymuje wynagrodzenie zasadnicze wyższe od minimalnego [3].

2. Realne płace spadały od lat

Bazowe pensje nauczycieli akademickich tkwiły w miejscu przez cztery lata. Po podwyżce z października 2018 roku (za rządów Jarosława Gowina), następna miała miejsce dopiero w styczniu 2023 roku. Nie zrekompensowała jednak inflacji. Nawet po tej podwyżce realna wartość bazowych wynagrodzeń była o 16% niższa niż w październiku 2018 roku.

Teraz ta wartość realna – a nie tylko nominalna – w końcu będzie wyższa niż za czasów Gowina. Jest to jednak wzrost zaledwie o 2,5%. W nieco krótszym okresie (październik 2018 – październik 2022) mediana wynagrodzeń w gospodarce narodowej wzrosła realnie o 3,8%, a w niemal tym samym okresie (grudzień 2018 – grudzień 2023) średnie wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wzrosło realnie o 6,9% [4].

Zatem nawet po tegorocznej podwyżce bazowe pensje w nauce rosną wyraźnie wolniej od wynagrodzeń w całej gospodarce.

3. To nie jest tyle, ile się wydaje

W lipcu 2023 roku płaca minimalna wynosiła 3600 zł brutto; w lipcu 2024 roku wyniesie 4300 zł. To wzrost o 19,5%. Jednocześnie bazowa pensja asystencka – 3605 zł – była praktycznie równoznaczna z płacą minimalną. Minister musiał zwiększyć wynagrodzenia przynajmniej o te 19,5%, bo inaczej drabinka płac na uczelniach stałaby się po prostu nielegalna. Na dobrą sprawę więc wzrost o 30% to tylko częściowo podwyżka, a częściowo – rewaloryzacja.

Co więcej, tych 30% nie dostanie personel wsparcia (panie w sekretariatach, technicy laboratoryjni, osoby dbające o czystość pomieszczeń itd.). Podejrzewam, że skończy się na zapowiadanych gdzie indziej 20% dla budżetówki, czyli na wyrównaniu wzrostu płacy minimalnej. A jak mówił mi we wrześniu Janusz Szczerba, prezes Rady Szkolnictwa Wyższego i Nauki Związku Nauczycielstwa Polskiego, według danych ZNP w 2021–2022 roku co druga taka osoba otrzymywała właśnie płacę minimalną bądź bardzo zbliżoną.

Wspomniane 30% nie obejmie też zatrudnionych w państwowych instytutach badawczych (obejmie kadry publicznych uczelni wyższych oraz instytuty PAN). I wreszcie jeśli dana instytucja wypłacała komuś wynagrodzenie zasadnicze wyższe od minimalnego, to tej osobie ministerstwo de facto gwarantuje wzrost mniejszy od 30% – choć sama uczelnia lub instytut może o te 30% zadbać.

Podsumowując: będzie trochę lepiej, ale te zmiany nie wystarczą do tego, by stworzyć atrakcyjne warunki pracy (szczególnie w dużych miastach, gdzie siła nabywcza przedstawionych kwot jest mniejsza). Dotyczy to zwłaszcza osób pracujących na niskich pozycjach w naukowej hierarchii, w tym m.in. personelu administracyjnego, technicznego bądź techniczno-badawczego. A pozostają jeszcze problemy finansowe doktorantek i studentów, którym należy się osobny tekst.

Trzymam więc kciuki za dalsze działania ministerstwa i całego rządu.

***

[1] Tuż przed wyborami minister Przemysław Czarnek ogłosił projekt podwyżek o około 20 procent, a krótko po wyborach w projekcie przygotowanym przez ministerstwo znalazła się wartość 30 procent.

[2] W artykule 137 minimalne zarobki profesora uczelni oraz adiunkta określone są jako 83% i 73% bazowej pensji profesora. Minimalne zarobki asystenta i wykładowcy (pracownika dydaktycznego) nie mogą być niższe niż 50% tejże pensji. W tym prawnym języku „profesor” to osoba z tytułem profesorskim przyznawanym przez prezydenta, natomiast „profesor uczelni” to osoba, która pracuje na stanowisku profesorskim w danej instytucji naukowej (i nie musi mieć ww. tytułu).

[3] Podane kwoty są nieco niższe od tych, które ostatecznie trafiają na konta nauczycieli akademickich. Po pięciu latach pracy w zawodzie (uwzględniane są tu cztery lata studiów doktoranckich) do pensji zaczyna być doliczany dodatek stażowy, który wynosi 1% za rok pracy, maksymalnie 20%. Od drugiego roku zatrudnienia w tym samym miejscu otrzymuje się też tzw. trzynastkę (pozostałe dodatki, np. na wypoczynek, mają mniejsze znaczenie). Ponadto w zawodzie nauczyciela akademickiego stosowany jest 50-procentowy koszt uzyskania przychodu, co wiąże się z trochę korzystniejszym przelicznikiem „brutto–netto”.

[4] Moje wyliczenia dotyczące pensji realnych i nominalnych w nauce, gospodarce narodowej i sektorze przedsiębiorstw można znaleźć tutaj). Informacje o medianie wynagrodzeń w gospodarce narodowej GUS podaje raz na dwa lata, stąd w tym wypadku mogłem doprowadzić obliczenia tylko do października 2022 roku. Dodajmy również dla porządku, że bazowe pensje nauczycieli akademickich (minimalne wynagrodzenia zasadnicze) nie muszą zmieniać się w takim samym tempie, jak pensje faktycznie wypłacane.

Ile czasu zajmuje prowadzenie zajęć na uczelni?

Ile? Ktoś mógłby pomyśleć, że niewiele. Ja mam w tym semestrze pięć przedmiotów, po 1,5 godziny w tygodniu każdy (wiosną będę miał mniej). Żyć nie umierać?

Sęk w tym, że same spotkania ze student(k)ami to jedynie mała część potrzebnego czasu pracy. Zobaczmy to na przykładzie typowej formuły zajęć w naukach społecznych i humanistycznych.

Przed każdymi zajęciami należy co najmniej odświeżyć sobie lekturę (czyli przynajmniej kilkanaście stron tekstu naukowego, gęstego i wymagającego pewnej uwagi). Oprócz tego dobrze byłoby mieć pomysł na przebieg danego spotkania: co będziemy robić i w jakiej kolejności. Czasami trzeba też przyszykować trochę slajdów, czasami wymyślić zadania do pracy w grupach, czasami zrobić sobie notatki. Niech będzie, że to wszystko zajmuje kolejne 1,5 godziny. A więc razem już 3 godziny na przedmiot.

Dalej: studenci i studentki mają różne sprawy i problemy, które zgłaszają ustnie lub mailowo. W tym semestrze w moich grupach znajduje się np. osoba z indywidualną organizacją studiów, kilka osób z zagranicy przyjeżdżających po terminie z racji problemów z wizą czy też osoba z Erasmusa pytająca o formalne aspekty jednego z kursów. Każdą taką sprawę trzeba przemyśleć i załatwić osobno. Do tego regularnie wysyłam wiadomości dotyczące lektur na zajęcia, w razie potrzeby informuję o zmianach dyżurów, przeglądam zespoły w MS Teams i tak dalej. Prowadzący nierzadko robią też zdjęcia lub skany lektur i udostępniają je mailowo; czasem wymaga to wizyty w bibliotece. Jeżeli tygodniowa średnia z tego wszystkiego to 45 minut, łączny czas poświęcony na jeden przedmiot wyniesie już 3 godziny i 45 minut.

Trzeba też pobrać z portierni klucze przed każdymi zajęciami, niekiedy przygotować rzutnik, po zajęciach rzucić okiem na salę, wytrzeć tablicę, sprawdzić okna, oddać klucze. Drobiazgi, ale to kolejne 15 minut. Łącznie już 4 godziny w tygodniu na każdy przedmiot.

A nie zaczęliśmy jeszcze mówić o zaliczeniach. Wiele tutaj zależy od formy, ale jeśli chcemy to zrobić w miarę porządnie, w trakcie semestru i na koniec wypadałoby przeznaczyć – powiedzmy – 1,5 godziny na każdą osobę w grupie. Wliczam w to nie tylko prace pisemne lub zaliczenia ustne, lecz także dodatkowy czas dla studentek i studentów przekraczających limit nieobecności, tudzież tworzenie zestawień obejmujących wszystkie składniki wszystkich ocen. Zakładając, że średnia grupa liczy piętnaście osób, otrzymujemy kolejne 1,5 godziny tygodniowo. Razem już 5,5 godziny.

Etat liczy 40 godzin. Wychodzi na to, że chcąc jak najlepiej poprowadzić pięć kursów akademickich w tygodniu, powinienem na nie poświęcić niemal 70% etatu. Przeciętnie w semestrze wypadają cztery kursy, ale to nadal ponad 50% etatu. Doliczmy jeszcze różne zadania administracyjne i wyjdzie na to, że przy obecnym obciążeniu dydaktycznym po prostu nie da się prowadzić zajęć optymalnie, jeśli chcemy mieć jeszcze czas na swoje badania (i nie pracować ponad miarę).

Oczywiście zajęcia zajęciom nierówne. Na przykład jeśli nie wymyślamy danego kursu od zera, lecz przejmujemy po kimś innym, to jest łatwiej (ale i wtedy warto byłoby cały program dobrze przemyśleć, dostosować do własnych preferencji i możliwości). Łatwiej jest także, gdy prowadzimy te same zajęcia od lat i jedynie je modyfikujemy. Równocześnie jednak moje wyliczenia obejmują czysty czas pracy – kiedy piszę np. „1,5 godziny tygodniowo na zaliczenia”, nie uwzględniam w tym przerw na pogawędkę z kolegą albo kawę z koleżanką. Raczej niewiele jest zawodów, w których 40-godzinny etat oznacza 40 godzin czystej pracy, więc od pracowników i pracownic naukowych też niekoniecznie należy tego oczekiwać.

Podane tu liczby są przybliżone; nie będę kruszył kopii o to, czy gdzieś powinno być 45 minut, czy raczej 38, albo może 49. Niemniej efekt tego wszystkiego jest taki, że trudno poświęcać na zajęcia tyle czasu, by osiągnąć w pełni satysfakcjonujące rezultaty. Chyba najprościej oszczędzić czas na formule zaliczenia, czyli np. nie zadawać student(k)om dłuższych prac pisemnych. Trochę mi jednak tego szkoda, bo pisanie jest cenną umiejętnością i chętnie bym pomógł ludziom ją poćwiczyć.

Dlatego dydaktyki na uczelniach powinno być po prostu mniej. I to akurat uczelnie mogą zorganizować w znacznej mierze samodzielnie, bez udziału ministerstwa nauki – zmieniając programy studiów oraz inne wewnętrzne zapisy. Chciałbym, aby to się stało, bo lubię uczyć, po spotkaniach ze student(k)ami niejednokrotnie jestem w dobrym nastroju (rzecz jasna zdarzają się też zajęcia trudniejsze i bardziej męczące) i dobrze by było móc im poświęcić dokładnie tyle uwagi, na ile zasługują.

Akademia, merytokracja, klasy

Monika Helak napisała dla Magazynu Kontakt tekst pod tytułem „Kłamstwo uczelnianej merytokracji”. To wielostronna krytyka urynkowienia polskich uniwersytetów wraz z propozycją pewnego zaskakującego rozwiązania.

Z artykułem w wielu miejscach się zgadzam, niemniej jedną rzecz chciałbym tutaj dopowiedzieć. Chodzi o motywacje zwolenników i zwolenniczek quasi-rynkowych reform, a zarazem o klasowy wymiar naszej akademii.

Po różnych rozmowach wydaje mi się, że nowy system ze swoją obietnicą merytokracji był atrakcyjny zarówno dla osób dysponujących znacznymi zasobami (własne mieszkanie w dużym mieście, bardzo dobra znajomość angielskiego itd.), jak i dla tych, które takich zasobów nie miały. Ta druga grupa w zmienionych zasadach mogła widzieć szansę na rozbicie starych hierarchii i otwarcie nowych ścieżek kariery. Ścieżek, które wydawały się bardzo jasno wytyczone, w przeciwieństwie do gąszczu nieformalnych norm starej kultury akademickiej, mało przystępnej dla nowicjuszek i nowicjuszy.

Ta obietnica często była złudna, ale istnieją osoby, które rzeczywiście rozwinęły kariery naukowe dzięki punktom i grantom, nie mając przy tym wielu zasobów na starcie. Mam wrażenie, że było to jedno z ważnych źródeł poparcia quasi-rynkowych reform na polskich uczelniach.

Grupa ta nie jest bardzo liczna, lecz stanowi przykład takich osób pracujących na uniwersytecie, które na początku nie były uprzywilejowane pod względem klasowym. Ponadto pauperyzacja akademii (jak choćby kilkunastoprocentowy spadek realnego wynagrodzenia zasadniczego od 2018 roku) może sprawiać, że ludzie dobrze wykształceni oraz liczący na finansową i życiową stabilność są coraz mniej skłonni do podejmowania pracy naukowej. Zamiast tego mogą kierować się np. do korporacji, a zatem zostawiać na uczelniach więcej przestrzeni dla osób mniej zasobnych ekonomicznie bądź kulturowo. Te czynniki zdają się działać w przeciwną stronę niż siły elitaryzujące świat akademicki.

Pisząc to, mam zarazem świadomość mechanizmów, które odrzucają od uczelni ludzi gorzej usytuowanych klasowo. Część z tych prawidłowości opisuje Kamil Łuczaj w przeprowadzonym przeze mnie wywiadzie (przywoływanym zresztą w „Kłamstwie uczelnianej merytokracji”). W skrócie: im więcej konkurencji, tym większa rola zasobów początkowych, które pomogą znieść porażki po drodze i nie odpaść z wyścigu.

Niestety w polskiej akademii niewiele się mówi o klasach społecznych. Czy też o startowym zróżnicowaniu kapitału ekonomicznego, kulturowego i społecznego, dającym części kandydatów i kandydatek większe szanse na sukces naukowy. Niemniej w ostatnich latach widzę rosnące zainteresowanie tym problemem, a można też inspirować się badaniami zagranicznymi (takimi jak zeszłoroczny artykuł z pisma „Nature Human Behaviour”). Jest to jedna z rzeczy, które sam chętnie zacząłbym systematycznie badać…

…choć gdy to piszę, od razu pytam sam siebie: czy podejmując kolejny temat, nie popadnę w jeszcze głębsze przepracowanie? I to też jest sprawa istotna z perspektywy klasowej. Może być tak, że im więcej osób trafia do akademii wskutek awansu społecznego, tym cięższe stają się w niej warunki pracy (byłoby to z grubsza zgodne z przekazem niedawnego tekstu Olgi Wróbel w „Dwutygodniku”). Tego rodzaju biografia pogłębia bowiem pracoholizm, i tak już zaszczepiany w różnych grupach społecznych przez rzeczywistość późnego kapitalizmu. A im liczniejsi są pracoholicy i pracoholiczki, tym dłużej należy pracować, by wytrzymać konkurencję. O życiową równowagę trzeba świadomie walczyć i wcale nie musi to być walka udana.

Czy w innych zawodach jest lepiej? To zbyt ogólne pytanie, by na nie tutaj odpowiedzieć (choć i zbyt ważne, by go przynajmniej nie postawić). Na pewno jednak w samym świecie akademickim roi się od pracoholików, którzy pracują, aż nie skończy im się pracohol. To zaś oznacza, że nawet gdyby pod względem klasowym uniwersytet idealnie odzwierciedlał skład społeczeństwa, wcale nie musiałoby to jeszcze być rzeczą dobrą.

Potrzebujemy znacznie głębszych reform i teksty takie jak „Kłamstwo uczelnianej merytokracji” pomagają je sobie wyobrazić. A to może – choć nie musi – być początkiem realnych protestów, jak te z Kalifornii bądź Wielkiej Brytanii. I może sprawić, że akademia przyczyni się do szerszych zmian społecznych. Oby tak było.

PS. Dla porządku – jestem członkiem redakcji Magazynu Kontakt i znam się z Moniką osobiście.

Lubię pisać recenzje, chociaż…

Lubię pisać recenzje naukowe. Od dobrych kilku lat recenzuję zgłoszenia na anglojęzyczne konferencje groznawcze, a od 2021 roku zdążyłem już zrecenzować artykuły dla ośmiu czasopism (mniej i bardziej znanych).

Z recenzowaniem jest podobnie jak z redakcją. Kiedy piszę własny tekst, często mogę wybrać jedną z paru ścieżek; nie muszę wówczas iść w nieznanym kierunku, mogę skupić się na tym, co już oswojone. Kiedy pracuję nad cudzym tekstem, ktoś inny dokonał wyboru, który może mi się podobać albo nie, ale który trzeba ocenić. To pomaga wyjść z własnej głowy, zobaczyć coś nowego. Co więcej, mogę komuś coś podpowiedzieć – i wierzę, że to się czasem przydaje.

Sęk w tym, że recenzje zgłoszeń konferencyjnych i artykułów do czasopism nie są uwzględniane we wskaźnikach, według których będę rozliczany przez uczelnię, a uczelnia – przez ministerstwo. Nie są też opłacane.

Ta ostatnia kwestia to problem nie tylko polski, lecz międzynarodowy – na ten temat dyskutuje się również w takich pismach jak „Science” czy „Lancet”. Zwłaszcza w wypadku licznych pism zachodnich wydawanych przez wielkie korporacje moje zdanie jest jednoznaczne. Ten biznes przynosi koncernom tak krociowe zyski, że Elsevier czy Taylor & Francis doprawdy nie upadną, jeżeli zaczną się dzielić pieniędzmi z recenzent(k)ami.

Nie planuję rezygnacji z recenzowania. Moje artykuły ukazały się również dzięki temu, że ktoś zgodził się je zrecenzować, toteż czuję pewne zobowiązanie wobec społeczności naukowej. I jak mówiłem, lubię to zajęcie. Być może będę odmawiał pismom wydawanym przez korporacje, tak jak sugerują autorzy niedawnego raportu o pasożytniczych wydawcach; dotychczas tylko raz proszono mnie o taką recenzję, więc nie jest to jeszcze palący problem. Mimo wszystko recenzje są pracą, za którą nie ma płacy. Ani dosłownej, ani przenośnej. Być może jednak rozwiązaniem tego problemu – przynajmniej w Polsce – nie jest płacenie konkretnie za recenzje, tylko po prostu podniesienie pensji w nauce?

Wstęp do socjologii – pierwsze wnioski po zajęciach

W semestrze zimowym roku 2022–2023 prowadziłem m.in. ćwiczenia ze wstępu do socjologii. Był to pierwszy semestr studiów licencjackich. Lubię ten przedmiot: pozwala oderwać się od wyspecjalizowanych artykułów naukowych i powrócić do stanu ducha, który towarzyszył mi w czasie studiów, gdy jeszcze wszystko było nowe.

Na swojej stronie zamieściłem właśnie program ćwiczeń. Następnym razem wprowadzę pewnie kilka zmian. Wynika to częściowo ze spostrzeżeń studentek i studentów (podczas ostatnich zajęć podzieliłem ich na podgrupy i poprosiłem, żeby po krótkiej dyskusji powiedzieli mi, jakie były ich ulubione lektury, jakie teksty woleliby usunąć z programu, jakich ważnych dla nich zagadnień nie omówiliśmy itd.), a częściowo z moich własnych obserwacji i późniejszych przemyśleń.

Przede mną jeszcze rozmowy z innymi osobami, które prowadziły podobne ćwiczenia. Na razie jednak wnioski przed kolejnym rokiem akademickim są następujące:

1. Na takich zajęciach warto poćwiczyć umiejętność interpretowania wykresów (np. z badań CBOS-u). Chyba nawet na samym początku, na rozgrzewkę, zanim zajmiemy się koncepcjami i pojęciami socjologicznymi, które są bardziej abstrakcyjne i pewnie trudniejsze. Przy okazji można porozmawiać o sondażach opinii publicznej. Studentki i studenci I roku mają prawo niewiele o tych wszystkich rzeczach wiedzieć, a jest to dziś istotna część warsztatu socjologicznego – i może się przydać bardzo szybko.

2. Teksty, które były ważne w moim kształceniu i do dziś uznawane są za kanoniczne, raczej nie sprawdzają się dziś na samym początku studiów. Nie jest chyba dobrym pomysłem dawanie student(k)om kilkunastostronicowych fragmentów książek Ervinga Goffmana czy Roberta K. Mertona – książek napisanych 60-70 lat temu. Może na koniec zajęć, ale na pewno nie na pierwszych spotkaniach.

3. Jak wobec tego przekazać wiedzę o klasykach, którzy opisali podstawowe zagadnienia socjologiczne i do których odwołuje się wiele innych przedmiotów na studiach? Nieźle sprawdził się model z zajęć nr 12: przed ćwiczeniami trzeba było obejrzeć półgodzinne nagranie (let’s play) z gry „Papers, Please” oraz przeczytać parę stron ze stareńkiego tekstu Mertona o biurokracji. Ta ostatnia była też później tematem szeregu prac zaliczeniowych – po ich lekturze mogę stwierdzić, że studentki i studenci całkiem dobrze przyswoili sobie wiedzę o głównych cechach organizacji biurokratycznych.

4. W innych wypadkach rozwiązaniem może być zestawienie tekstu naukowego z publicystycznym. Na zajęciach nr 7 omawialiśmy wywiad i reportaż na temat ubóstwa i wykluczenia (analizowaliśmy też nieco danych statystycznych). Zamiast jednego z tych materiałów mogę dać jako lekturę fragment publikacji naukowej i chyba nie wyjdzie źle.

Rzecz jasna nie od razu Kraków zbudowano. Prowadząc 3–4 różne przedmioty w każdym semestrze, nie mam czasu, by przygotować je tak dokładnie, jak bym chciał. Znalezienie odpowiedniego reportażu czy niedługiego filmu, i to dostępnego bezpłatnie po polsku, bywa niełatwe; podobnie wybór właściwych fragmentów socjologicznych tekstów. Stopniowo jednak mogę program zmieniać – oby na lepsze!

A na koniec dziękuję student(k)om za podzielenie się obserwacjami na temat naszych zajęć. Bez tego moje własne refleksje byłyby znacznie uboższe.

Magia pierwszego zdania

Jeden z najbardziej znanych artykułów w dziejach psychologii zaczyna się tak:

My problem is that I have been persecuted by an integer. […] For seven years this number has followed me around, has intruded in my most private data, and has assaulted me from the pages of our most public journals.

Dzisiaj może rozpoczynałby się zdaniem:

Cognitive psychologists have long studied short-term memory (Indifferent, 1996; Tedious, 2004; Boring, 2012).

W anglojęzycznych czasopismach z zakresu nauk empirycznych (fizyki, medycyny, socjologii i innych) nieczęsto ukazują się dziś artykuły, które wykraczałyby poza ściśle określoną konwencję pisarską. Najbardziej typowy jej schemat nosi nazwę IMRAD. W naukach medycznych zaczął się upowszechniać w latach 50., a w latach 70. odsetek sformatowanych tak artykułów w prestiżowych pismach przekroczył 80%.

Konwencje mają swoje zalety. Osoba, która jest obeznana z formułami typu IMRAD, dzięki nim może szybko zapoznać się z treścią artykułu. Sęk w tym, że lektura takich tekstów potrafi być bardzo, bardzo nudna.

Tracą na tym również sami badacze i badaczki. Nasza praca nie powinna powodować więdnięcia mózgu. Nie powinna polegać na przedzieraniu się przez karykaturalnie nużące publikacje. I gdy trafiamy na ciekawie ułożony artykuł, widać od razu, jaki potencjał kryje się w dobrym pisarstwie naukowym.

Żadne z nas nie zmieni tego w pojedynkę. Nie nawołuję zresztą do zupełnego zniesienia akademickich konwencji. Ale trzeba ten system przynajmniej rozszczelnić. Zacząć możemy od prostego kroku: niech pierwsze zdanie artykułu zawsze zachęca (a nie zniechęca) do dalszej lektury. Niech mówi o czymś interesującym, niech będzie sprawnie napisane. I niech, na wszystkie świętości, nie zawiera siedemnastu odsyłaczy bibliograficznych.

Komu służą punkty za publikacje naukowe?

W 2019 roku cała redakcja wpływowego pisma „Journal of Informetrics” zrezygnowała z dalszej współpracy z jego wydawcą. Tym wydawcą był – i wciąż jest – międzynarodowy koncern Elsevier. Odchodzący ogłosili, że nie chcą już dłużej działać na jego warunkach, i założyli własne czasopismo: „Quantitative Science Studies”.

Nowe pismo to nie w kij dmuchał. Jest oficjalnym organem Międzynarodowego Towarzystwa na rzecz Scjentometrii i Informetrii, które obchodzi obecnie trzydziestą rocznicę. Wydawcą QSS jest jedna z najważniejszych oficyn naukowych na świecie, MIT Press. Wszystkie artykuły są dostępne bezpłatnie (open access) na stronie pisma (pobiera ono opłaty publikacyjne od instytucji, które reprezentują autorzy i autorki, ale prowadzi też fundusz wspierający osoby pozbawione instytucjonalnego finansowania). Jeżeli zaś chcecie przeczytać tekst w elsevierowym „Journal of Informetrics”, niejednokrotnie zobaczycie cenę 25 dolarów za artykuł. No, chyba że skorzystacie z dróg nieoficjalnych, w rodzaju serwisu Sci-Hub.

Wydawałoby się, że publikacja w tego rodzaju piśmie powinna być ceniona. A tymczasem niekoniecznie.

*

W Polsce oficjalną oceną czasopism zajmuje się Ministerstwo Edukacji i Nauki – nieregularnie publikuje wykazy, w których przyznaje różnym pismom różną liczbę punktów, od 20 do 200. W najnowszym wykazie QSS otrzymał jedynie 20 punktów [1]. Oznacza to, że osoby publikujące tam teksty nie pomogą swoim uczelniom uzyskać wysokiej kategorii w ocenie ministerialnej (przeprowadzanej co kilka lat). Dlatego władze uczelniane będą raczej zachęcać pracowników naukowych, by wysyłali artykuły do innych pism – takich jak „Journal of Informetrics”, oceniony na 140 punktów.

Dość podobnie przedstawiają się sprawy w innej bliskiej mi dziedzinie wiedzy: badaniach nad grami. Środowisko naukowe jest zgodne, że jedno z najważniejszych pism w tym obszarze to „Game Studies”. Wydaje je powołana specjalnie w tym celu fundacja, wspierana przez kilka publicznych instytucji naukowych z państw nordyckich. Artykuły są rygorystycznie recenzowane (pismo przyjmuje jedynie kilka do kilkunastu procent zgłaszanych tekstów) i publikowane w trybie open access. Mimo to wartość oficjalnie przypisana w polskim wykazie do „Game Studies” to raptem 40 punktów na 200.

Oto więc hipoteza: nasz system punktowy sprzyja globalnym korporacjom wydawniczym, czerpiącym duże zyski z wydawania pism naukowych. Takie pisma często są rzeczywiście znaczące i cieszą się zasłużonym prestiżem, publikowanie w nich bywa najlepszym sposobem na dotarcie do fachowej publiczności, ale polski system uprzywilejowuje je ponad miarę. Konkurujące z nimi periodyki non profit, wydawane przez uczelnie bądź towarzystwa naukowe, w wielu wypadkach nie otrzymują należytej liczby punktów. To jeszcze bardziej skłania naszych badaczy i badaczki do publikowania tekstów w obiegu kontrolowanym przez koncerny.

Czemu istotne czasopisma non profit uzyskują mało punktów w oficjalnej polskiej ocenie? Może jest tak, że nasze kryteria punktowe zostały opracowane z myślą o modelu korporacyjnym, który w wielu dziedzinach nauki (w obiegu anglojęzycznym) jest rzeczywiście dominujący. Redakcje pism niekomercyjnych, wyłamując się z tego modelu, nie dbają – bo i dlaczego by miały – o spełnianie wymogów obowiązujących akurat w Polsce. I tak dochodzimy do paradoksalnej sytuacji: jeśli zgłoszę artykuł do ważnego pisma „Game Studies”, postąpię wbrew interesom uczelni, na której pracuję. Podobnie z pismem „The Journal for Critical Education Policy Studies” (40 pkt). I kto wie z iloma jeszcze.

Naturalnie to, co ma miejsce akurat w naszym kraju, dla największych koncernów nie jest kwestią kluczową. Ale to jedna z rozlicznych przeszkód sprawiających, że niełatwo uwolnić naukę od dominacji logiki zysku. Kwestia polska prowadzi nas do szerszego problemu: być może całkiem dużo jest państw, które w swoich systemach oceniania nauki mają zaszyte mechanizmy sprzyjające korporacjom? Być może ruch otwartej nauki będzie mógł w pełni osiągnąć swoje cele dopiero wtedy, gdy te systemy się zmienią? Być może.

*

Podkreślę znowu: to hipotezy, do weryfikacji. Nie zastąpią systematycznych badań nad większą liczbą czasopism. Co więcej, system punktowania zagranicznych pism naukowych pełni rozmaite funkcje, ukryte i jawne; tu omówiłem tylko jedną z nich. Do tego nie zajmowałem się punktacją czasopism polskich, która również jest złożonym zagadnieniem.

Czemu więc służy ten wpis? Poszerzeniu pola dyskusji. W polskich sporach o naukę niewiele widzę takiej krytyki, która cały system punktowy obejmowałaby pytaniem: cui bono? Decyzje Przemysława Czarnka z 2021 roku spotkały się z ostrymi reakcjami części środowiska akademickiego [2], ale ówczesne zarzuty – także moje – dotyczyły głównie tego, które pisma konkretnie otrzymały zbyt dużo punktów. A jeśli już padają stwierdzenia, że system punktowy należy w całości odrzucić, to z reguły nie zawierają refleksji nad miejscem tego systemu w globalnych układach władzy.

Za ideą punktowania czasopism naukowych stoi założenie, że jakieś ilościowe wskaźniki są potrzebne, by w niekończącym się labiryncie publikacji odnajdować te najbardziej wartościowe. Na tej podstawie podejmowane mają być na przykład decyzje o podziale publicznych środków na naukę. Czy założenie to jest trafne, a idea punktacji – słuszna? Na ten temat dyskutowaliśmy już w Polsce długo i namiętnie. Czas na kolejne pytania.

*

[1] Punktację czasopism można sprawdzać między innymi na tej stronie i w oficjalnych wykazach ministerialnych (komunikaty z 1 i 21 grudnia 2021 roku). Liczba 20 punktów wydaje się wynikać stąd, że pismo jest zarejestrowane w ważnych bazach danych, takich jak Scopus, lecz nie ma wyliczonej wartości tzw. wskaźników wpływu (zob. odpowiednie rozporządzenie).

[2] Przykładowe omówienia tutaj i tutaj. Mówiąc w skrócie – minister Czarnek parę razy podnosił punktację polskich czasopism. W pewnych przypadkach mógł mieć słuszność, dowartościowując obieg krajowy, zarazem jednak szczególnie wsparł pisma, w których sam publikował, periodyki związane z KUL czy też pisma kościelno-teologiczne.